Tuk-tuk to taki pół samochodzik, pół motocykl. Te małe, zwrotne pojazdy królują na drogach chyba całej Azji. Mieszczą nawet 4 osoby (bardziej miejscowe, jako że Europejczycy raczej z założenia są większych gabarytów), są przewiewne i jazda nimi dostarcza sporo adrenaliny.
W porównaniu do Indii, Lankijskie tuk-tuki są znacznie bardziej zadbane, co drugi błyszczy chromowanymi zdobieniami, natomiast jedynie słuszny styl jazdy "szybko-klakson-szybciej", jak najbardziej obowiązuje.
Lankijscy kierowcy tuk-tuków, przynajmniej Ci, z którymi przyszło nam jeździć, należeli do bardzo średnio ogarniętych. Angielski znali w zakresie "yes", "no", "how much", a "right" nie koniecznie oznaczało skręt w prawo. Adresy w promieniu 6-7 kilometrów stanowiły wyzwanie, wymagające porady pobratymców i naszego pilotowania z kanapy pasażera.
W ty miejscu po raz kolejny polecę nabycie pre-paidowej karty SIM, z pakietem internetowym - mapy androidowe działają bardzo dobrze i można uniknąć długiego krążenia po uliczkach, będąc zdanym na nie koniecznie wyostrzony instynkt kierowcy.
Trzeba natomiast oddać tuk-tukowcom, że są bardzo mili i nienachalni. Sami zatrzymywali się, pytali, czy nie potrzebujemy transportu, nie próbując przy tym siłą do pojazdu wciągnąć.
Co do cen, to trasa 6-7km, z Madihy do Matary, czy z Mirissy do Madihy kosztowała 300 LKR, co zapewne jest ceną "dla białasów", ale w przeliczeniu wychodzi jakieś 7,30zł, więc nie ma co się przesadnie targować (choć i tak należy, bo na dzień dobry proponowano nam i 500 LKR).
![]() |
| przykład zdobienia tuk-tuków ;) |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz